Kilka tygodni temu wylądowałam na live’ie u Aleksandry Martin (media & text), znanej w internetach jako Ola od Storytellingu. To był ten moment, kiedy dwie Ole spotkały się w jednym kadrze i jakoś świat to wytrzymał 😅
Ona – od historii, słów i emocji.
Ja – od stron, cyfrowych klocków i tego, żeby to wszystko nie wisiało na ślinę i szczere chęci.
I z tego miksu wyszła rozmowa o:
- stronach, które chce się pokazywać, a nie chować w szufladzie,
- dwujęzyczności, która potrafi dać w kość,
- hostingu, który nie powinien powodować ataków paniki,
- i o tym, że „ładna strona” to naprawdę za mało.
„Przy Tobie nie czuję się głupia” – zdanie, które zmieniło mi biznes
Ola zapytała, dlaczego tak mocno pracuję z kobietami. I tu odpalił się mój klasyk z gablotki:
„Przy Tobie nie czuję się głupia.”
To zdanie słyszałam od klientek tyle razy, że w końcu sobie uświadomiłam:
to nie są „tylko strony internetowe”.
To jest też przestrzeń, w której można zapytać o wszystko, bez strachu, że ktoś przewróci oczami.
Dlatego:
- tłumaczę techniczne rzeczy po ludzku,
- nie rzucam skrótami jak z NASA,
- nie robię miny pod tytułem „serio tego nie wiesz?”.
Bo strona jest ważna, ale poczucie bezpieczeństwa właścicielki tej strony – jeszcze ważniejsze.
Strona nie musi być piękna. Ma działać (i być „Twoja”)
Na live’ie opowiadałam o pewnej stronie dentysty z UK.
Brzydka jak noc w listopadzie. Zero estetycznej rozkoszy, jeden wielki chaos wizualny.
A jednak – działa. Ludzie się zapisują, gabinet ma ręce pełne roboty.
Dlaczego?
Bo strona spełnia swoją funkcję.
I to jest mój ulubiony punkt zapalny, gdy tworzę strony z klientkami:
- nie zawsze trzeba mieć „idealną paletę kolorów od psycholożki brandingu”,
- ważniejsze jest, żeby Ty czuła się u siebie,
- bo jeśli Ty nie czujesz swojej strony, to nawet jej nie pokażesz.
Są momenty, kiedy idę z klientką na kompromis wbrew zasadom UX, bo wiem, że jak ona będzie miała „to coś”, to w końcu zacznie używać tej strony. A od używania do sprzedaży jest zdecydowanie bliżej niż od „idealnego kafelka w moodboardzie”.
Instagram flirtuje. Strona odpowiada na pytania
Piękny fragment tej rozmowy:
- Instagram – to jest flirt, puszczanie oka, testowanie granic, lekkie „chodź, zobacz”.
- Strona – to jest miejsce, gdzie odpowiadasz na konkrety:
- czym się zajmujesz,
- jak możesz pomóc,
- za ile,
- jak zacząć współpracę.
Strona to taki mądry skrót całej Twojej działalności.
Trochę jak ściąga z lektury w liceum – ktoś nie czytał całej książki, ale po ściągach już rozumie o co chodzi.
Dlatego tak często powtarzam:
„Oferta nie może być pochowana na dole jak wstydliwa szuflada z rajstopami.”
Od pierwszych sekund użytkownik ma wiedzieć:
czy jesteś dla niego, w czym możesz mu pomóc i jaki jest kolejny krok.
Dwujęzyczność – czyli „dajcie mi wszyscy spokój z tym jednym słowem” 🙃
W pewnym momencie przeszłyśmy do głównego tematu live’a – strony wielojęzyczne.
Jeśli działasz za granicą, to pewnie masz za sobą któryś z tych scenariuszy:
- „Mam stronę po polsku, to wrzucę wszystko do translatora / ChatGPT i przetłumaczę na niemiecki / hiszpański / angielski – co może pójść nie tak?”
- Spoiler: wszystko 🤡
Opowiadałam o mojej hiszpańskiej przygodzie:
- to samo zdanie wysłałam do osób z Peru, Kuby i Madrytu,
- każda miała inną uwagę,
- każda poprawka inna,
- ja w środku: „czy ja jeszcze w ogóle znam hiszpański?” 😅
I to jest sedno:
strona dwujęzyczna to nie jest kopiuj–wklej plus tłumacz.
To jest:
- język,
- kultura,
- poczucie humoru,
- branżowe niuanse,
- to, jak ludzie mówią o swoim problemie.
Dokładnie to samo mówiła Ola ze strony niemieckiej:
to, co sprzedaje się pięknie w Polsce, w Niemczech potrafi brzmieć jak ulotka z banku z 2003 roku.
Jedna strona, dwie strony, subdomena… czyli techniczne „ale jak?”
Na live’ie rozkładałam na części pierwsze temat:
„Czy lepiej mieć jedną stronę z przełącznikiem języka, czy dwie osobne strony?”
Moje podejście:
👉 Strona-wizytówka, bez sklepu, bez kursów?
Można spokojnie zrobić jedną stronę z wtyczką do tłumaczenia (np. WordPress + przełącznik języka).
Lżej, szybciej, łatwiej w zarządzaniu.
👉 Sklep, platforma kursowa, produkty na sztuki?
Tu zaczyna się cięższy kaliber.
Przy dwóch językach robi się dwa razy więcej produktów, dwa razy więcej treści, dwa razy większe ryzyko, że ktoś kupi ten sam obraz / sukienkę w dwóch wersjach językowych.
Wtedy najczęściej polecam:
- osobne subdomeny: np.
- pl.twojastrona.com
- de.twojastrona.com
- albo dwie niezależne strony, jeśli naprawdę grubo jedziesz.
Nie ma jednego świętego graala.
Jest to, co ma sens dla Twojego biznesu za rok, dwa, trzy.
Domena, hosting i inne miejsca paniki
Na koniec było bardzo życiowo, bo zeszłyśmy na hosting i domeny – czyli miejsce, gdzie zaczyna się:
„Ja tylko chciałam stronę, a teraz mam pięć opcji, trzy pakiety, dwa certyfikaty i zero pojęcia, co kliknąć.”
I dlatego stworzyłam darmowy mini-kurs o domenie i hostingu – dokładnie z tych wszystkich rozmów z klientkami:
- „Kupiłam domenę z literówką, co teraz?”
- „Kupiłam pięć dodatków, ale chyba nic z tego nie potrzebuję.”
- „Czy jak zmienię hosting, to mi strona wybuchnie?”
W kursie odczarowuję:
- o co chodzi z końcówkami .pl / .com / .es,
- czy można mieć hosting w Polsce, mieszkając w Hiszpanii (tak),
- co jest naprawdę potrzebne na start, a co jest tylko ładną sprzedażową naklejką.
Taki pakiet ratunkowy dla osób, które nie mają ochoty robić doktoratu z hostingu, tylko chcą po prostu postawić stronę, która działa.


